Forum Conlanger Strona Główna Conlanger
Polskie Forum Językotwórców
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Diabły
Idź do strony 1, 2  Następny
 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Conlanger Strona Główna -> Opowiadania
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kwadracik
PaleoAdmin



Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3731
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 48 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Skierniewice

PostWysłany: Sob 0:06, 24 Lip 2010    Temat postu: Diabły

Napisanie poniższego opowiadanie zajęło mi niezbyt wiele czasu, więc styl i fabuła mogą nie być idealne. Jest osadzone w alternatywnej rzeczywistości, w której... każdy, kto przeczyta obowiązkowe cytaty na samym początku powinien szybko zorientować się, jaki jest "punkt zwrotny" w stosunku do naszej historii.

Jeżeli się spodoba: Myślałem nad napisaniem jeszcze ze dwóch-czterech opowiadań w tym samym świecie (w każdym inna fabuła i "wynalazek", a'la 'Basil Argyros' Harrego Turtledove'a). Krytyka mile widziana.

–––

Diabły

Umiejętność tę określić możemy ‘organem nabywania języka’, wrodzoną częścią ludzkiego umysłu, która stwarza konkretny język na podstawie interakcji z dostępnymi danymi – organem, który systematyzuje zdobytą wiedzę i przetwarza ją na znajomość tego lub innego języka.
- Noam Chomsky. Język: Pochodzenie, natura i użycie (1986)

Chomsky był jedną z pierwszych osób, które zadały pytanie, jak ludzie są w stanie konstruować nieograniczoną liczbę zdań korzystając z ograniczonych mózgów. Musi zatem istnieć narzędzie, które pozwala nam – jak mawiają lingwiści – uzyskać nieskończone wyniki za pomocą skończonych środków (nie sądzę jednak, żeby którykolwiek lingwista byłby w stanie to powiedzenie przełożyć na konkretny język naukowy). Chomsky stwierdził, że narzędziem u podłoża ludzkiej twórczości językowej jest rekursywność. [...] Czasami Bentley szczeka raz lub dwa, po czym przestaje, skoro pies, na którego szczeka, opuścił już naszą działkę. Kiedy indziej, szczeka wielokrotnie – powtarza swoje szczeknięcia – co oznacza jego narastającą frustrację z powodu obecności psa na naszej działce (czy cokolwiek innego może to dla niego znaczyć). O czym świadczą te powtarzające się szczeknięcia? Jeżeli powtórzenie jest formą rekursji, oznaczałoby to, że szczekanie Bentleya jest rekursywne.
- Daniel Everett. Nie śpij, tu są węże (2008)

Ostatnie dnie były dla Koouáräúáú Röö ciężkie i zdecydowanie nie czuła się najlepiej, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Fakt, że trwał początek wiosny nie poprawiał jej nastroju – to właśnie poprzedniej wiosny została zmuszona do dołączenia do Zachodniego Klanu. Było to doświadczenie, o którym wolała zapomnieć – w ciągu jednego dnia, jej rodzina została napadnięta przez Klan, ona z mężem zmuszona była się poddać, starsze pokolenie jej dzieci uciekło na południe, młodsze pokolenie jej dzieci zostało zabite, a ona sama przegryzła kark oficerowi nakazującemu masakrę w ich obronie i następnie przez kilka godzin czekała na własną śmierć – ale ostatecznie, dana jest została szansa dołączenia do znienawidzonego wtedy Klanu. Nie wiedziała, czemu ją podjęła, ale starała się jej nie żałować. Została rozdzielona od męża, przeżyła miesiące wyczerpującej pracy, ale obecnie jej umysł i sumienie zostały już kompletnie wypłukane z honoru i poczucia humoru, z których była znana, kiedy zajmowała z rodziną własne terytorium na wschodzie. Obecnie była wzorowym członkiem Zachodniego Klanu, i czasami nawet zdarzało jej się wierzyć w jego ideologię.

Tak, panowały trudne czasy, i tak, część dzieci i tak nie byłaby w stanie przeżyć zimy – więc tak, regularne zabijanie noworodków gwarantowało, że reszta Klanu nie będzie musiała borykać się z problemami żywnościowymi i dzięki nadwyżce żywności będzie w stanie zajmować się bardziej wzniosłymi rzeczami – głównie ekspansją terytorium. Tak, schemat rodziny jaki panował wśród wrogów Zachodniego Klanu (do których sama niegdyś byłaby zaliczona) był barbarzyński, gdyż usiłowanie wyżywić większą ilość dzieci, niż było to możliwe, skazywało cały klan na potencjalną śmierć. Nie wiedziała, kto był autorem ideologii celowego ograniczania członków stada, ale – paradoksalnie (choć jako członek Klanu powinna raczej powiedzieć “naturalnie”) – pozwoliło to Zachodniemu Klanowi rozrosnąć się do rozmiarów nieporównywalnych z żadną z prymitywnych społeczności. Dochodziło oczywiście do scysji i podziałów, ale przecież sam Zachodni Klan był tylko jednym z wielu cywilizowanych terytoriów (obok Klanu Centralnego i Klanu Północnego), które właśnie dzięki kontroli populacji i skutecznemu wychowaniu żyły w warunkach znacznie lepszych od barbarzyńców z zewnętrznych krain.

Nie zmieniało to faktu, że zawsze czuła obrzydzenie do kobiet, które nie miały oporów przed znajdowaniem sobie partnerów kiedy tylko zaczynały czuć taką potrzebę, następnie bez żadnych oporów zagryzały własne dzieci i po kilku miesiącach mogły znowu zabawiać się z facetami. Zanim dołączyła do Klanu, określiłaby je jako “dziwki”, i tak samo określała je teraz.

Ale głównym zmartwieniem Koouáräúáú Röö było obecnie to, że została wezwana przed oblicze Háä Jáüaü Hao, podoficer pracującej bezpośrednio dla Matki Klanu. Nie wiedziała dokładnie, czego Háä mogła od niej chcieć, ale musiało to dla niej oznaczać coś ważnego – być może nawet promocję na oficera.

– Służysz nam od roku – powiedziała jej Háä, podczas spotkania obchodząc ją powoli, trzymając pysk sugestywnie blisko jej własnego. Rozmawiały w miejscu położonym na niezamieszkanym obrzeżu terytorium. – I mam zamiar dać ci szansę się wykazać.
– Oczywiście, matko – odparła Koouáräúáú Röö.
– Domyślam się, że wiesz o ekspansji grzebiących w niebie na południu.
– Oczywiście.
– Miałaś kiedyś z nimi styczność?

Tak, kiedyś – kiedy żyła jeszcze z mężem i dziećmi na własnym terenie – grzebiący w niebie przeszkodzili jej podczas polowania. Byli dziwnymi stworzeniami, rozmnażającymi się i rozprzestrzeniającymi na południu w zabójczym tempie. Koouáräúáú Röö zaklasyfikowałaby ich jako drapieżniki, ale w odróżnieniu od jej rasy (czy nawet szakali z południowego wschodu), poruszali się na dwóch tylnych kończynach, jak przerażone gryzonie, jednocześnie wymachując przednimi w powietrzu – czemu zawdzięczali swoją nazwę. Byli głośni i dość powolni, ale podczas konfliktów czy nawet polowań chwytali w łapy przedmioty i wymachywali lub rzucali nimi. Wydawali się sprowadzać pożary, gdzie tylko się pojawili. Najwyraźniej nawet siły natury za nimi nie przepadały. I oczywiście, jak inne zwierzęta, nie znali mowy.

– Tak, dawno temu – odparła Koouáräúáú Röö.
– Możliwe zatem, że wiesz, iż ich populacja rośnie w zastraszającym tempie, a ich dziwaczna i podobna do drapieżników natura utrudnia nam polowanie na nich.
– Oczywiście.
– Czy mogę ci ufać? – spytała nagle Háä.
– Tak, matko.
– A więc... to, co teraz powiem, ma pozostać wyłącznie między nami. Na południowym wschodzie, kilkadziesiąt mil od naszego terytorium i za granicą terytorium śpiewających klanów, znajduje się tajemniczy szczep. Nasi zwiadowcy donoszą, że złożony jest on nie tylko z członków czystej krwi, ale i przerażających diabłów: dziwnej mieszanki naszej ras i owych zwierząt, jakby któryś z ojców tego szczepu w przeszłości pieprzył się z samicami grzebiących w niebie.
– To niemożliwe.
– Oczywiście, że nie, i dlatego chcę, abyś sama, jako doświadczona córka naszego Klanu, odszukała ów szczep, i sprowadziła do nas przynajmniej jednego z tych diabłów.
– Oczywiście.
– A więc... utnij sobie drzemkę, bo czeka cię długa podróż. Nie zwlekaj dłużej, niż kilka dni. Masz kogoś?
– Nie – odpowiedziała Koouáräúáú Röö, choć bardziej dyplomatyczną odpowiedzią byłoby “jeszcze nie”.
– Więc chyba nic cię nie zatrzymuje. Liczę na twój szybki powrót. Jestem ciekawa, jak to wszystko naprawdę wygląda... ty chyba zresztą też.
– Oczywiście.
– Powodzenia.

Ani słowa o tym, co wypełnienie zadania miałoby oznaczać dla niej. Ale niespecjalnie się tym przejmowała. Szczerze mówiąc, cieszyła się z okazji wyrwania się z towarzystwa Zachodniego Klanu. Z drugiej strony, przypominało to jej o czasach, kiedy opuściła swoją rodzinę i poznała swojego męża. Przygnębienie wróciło, ale nie na długo.

Nie była w nastroju do pożegnań, więc unikała bliższych znajomych i z dala od innych, ucięła sobie drzemkę. Obudziły ją – nie wiedziała dokładnie, kiedy, pewnie po paru godzinach, było jeszcze przed świtem – krzyki grupy mężczyzn, głośno opowiadających o co ciekawszych wypadkach, które ostatnio im się przydarzyły. Wiedziała, że znowu nie zaśnie, więc wyruszyła od razu.

Podróż zajęła jej dwa dni. Służba w Zachodnim Klanie miała to do siebie, że jego członkowie często zdani byli wyłącznie na siebie, więc rozłączenie z Klanem nie stanowiło dla niej większego szoku. Tym bardziej, że jej obawy przed spotkaniem z obcymi zastąpione zostały zainteresowaniem, kiedy – wraz z nastaniem nocy – rozbrzmiały wokół niej pieśni śpiewających klanów. Ich słowa nie miały sensu ani głębszej treści, wyłączając kilka wtrąconych imion i haseł. Koouáräúáú Röö nie wiedziała, czy kiedykolwiek jej rasa nie znała mowy, ale słyszała, że niektóre dzieci rodziły się z problemami w jej zrozumieniu (co nie mogło oznaczać dla nich dalszych perspektyw życia w społeczeństwie Klanu), więc podejrzewała, że być może kiedyś język mógł w ogóle nie istnieć. Zresztą, to właśnie odróżniało ją i innych członków klanów od szakali i pokrewnych im drapieżników, które z wyglądu i zachowania były przecież do nich podobne. Domyślała się, że w czasach przedjęzykowych, jeżeli takowe istniały, pieśni musiały brzmieć właśnie tak: nucone wyłącznie dla estetyki brzmienia czy niosące ze sobą proste, oczywiste i jednoznaczne komunikaty, jak zapachy.

Ale przecież język zachowywał pewien naturalny związek między brzmieniem a treścią. Poszczególne dźwięki musiały się przecież przekładać na odczucia: pierwszy człon jej własnego imienia brzmiał wysoko i dumnie, a przy końcowym warku również groźnie, jak zresztą cały długi człon – w dodatku zwykle wymawiała je z odpowiednią, prowokującą gestykulacją. Jedynie, kiedy mogła porozmawiać z kimś w cztery oczy – wyśpiewywane w komunikacie na dalszą odległość, jej imię traciło swój warczący element, a drugi człon zwykle całkowicie pomijała. Nie był dostatecznie głośny, żeby oddać go jako skowyt.

Rankiem wkroczyła na terytorium tajemniczego klanu. Mogła z góry ogłosić swoje zamiary, ale na tym obcym terytorium członkowie Zachodniego Klanu nie byliby mile widziany (gdyby nie była jednym z nich, sama zapewne rzuciłaby się na każdego, kto mógł nim być). Starając się nie zostawiać za sobą zbyt dużej ilości śladów, od strony zawietrznej zaskoczyła jedną z wypoczywających kobiet i jednym susem założyła jej szczęki na pysk.

– Jestem Koouáräúáú Röö z Zachodniego Klanu – wycedziła przez zęby. – Moje zadanie jest proste i łatwe i może obyć się bez ofiar. Prowadź mnie do reszty stada.
– Polują – odparła wolno zaskoczona kobieta we wschodnim, warczącym akcencie. Widać było, że zastanowiła się trochę zanim wreszcie dodała kolejne zdanie. – Jedna z moich sióstr pilnuje... dzieci.
– Dzieci – powtórzyła tylko Koouáräúáú Röö i zdjęła pysk z nosa członkini miejscowego klanu. Po chwili jednak skoczyła na nią znowu, strasząc ją i udowadniając swoją zręczność, po czym jednak odsunęła się na bok i, krok w krok, ruszyła za prowadzącą ją młodą kobietą.

– Kiedy reszta klanu wróci z polowania? – zapytała w drodze.
– Nie wiem. Jakie są twoje... zamiary? Czego szuka tu...?
– Wszystkiego dowiesz się w odpowiednim czasie.
– Dzieci... poza nimi, mamy...
– Wiem.
Członkini szczepu zdała się lekko zaskoczona, ale po kilkudziesięciu minutach wolnego biegu obie dotarły do okolic nory.

Stojąca na straży kobieta spostrzegła ich z daleka i wezwała do siebie dzieci, bawiące się w okolicy. Koouáräúáú Röö natychmiast dostrzegła grzebiących w niebie: ich młode wyglądały tak, jak pamiętała – ale te wcale nie grzebały w niebie. Poruszały się dość zwinnie na czterech kończynach, choć oglądanie zwierzęcia usiłującego chodzić jak pełnoprawny członek klanu zdawało się zarówno komiczne i przerażające. Młode grzebiących w niebie nie mogły zrozumieć zawołania ich przybranej matki – mimo to, pobiegły do niej jak pozostałe dzieci.

– Kto jest jeszcze w okolicy? – krzyknęła z oddali Koouáräúáú Röö.
– Brat – odezwała się pilnująca dzieci. – Ma przyjść?
– Niech przyjdzie.
– Nie zostawię dzieci pod twoją opieką. – zaprotestowała kobieta, przekrzywiając głowę.
– Ty pójdziesz – odezwała się Koouáräúáú Röö do swojej przewodniczki. Ta jedynie westchnęła i ruszyła tropem brata.

– Błagam – powiedziała opiekunka, kiedy Koouáräúáú Röö zbliżyła się do nory, blisko której stała ona i stadko dzieci. – Nie rób im krzywdy.

Przedstawicielka Zachodniego Klanu obejrzała i obwąchała dzieci obu gatunków, trącając je nosem i kładąc na nich ręce. Usiłowała przyzwyczaić się do obecności grzebiących w niebie zachowującej niemal tak, jak zachowywałyby się jej własne dzieci – bawiące się nawet ze swoim przybranym rodzeństwem – ale wciąż było to dla niej dziwactwem. Wyglądały, istotnie, jak coś opętanego i przeciwnego naturze.

– Czego chcesz, matko? – spytała opiekująca się dziećmi. Była zdecydowanie młodsza od Koouáräúáú Röö.
– Jak to możliwe?
– Grzebiący w niebie...?
– Tak. Wiesz, o czym mówię, więc równie dobrze możesz sama mi coś odpowiedzieć.

Opiekunka westchnęła.
– Lata temu, matka naszego ojca znalazła na granicy z terytorium grzebiących w niebie parę porzuconych dzieci. Powinna była je zabić, ale bała się reakcji ich stada. Była młoda, straciła dwójkę własnych dzieci tydzień wcześniej, nie myślała racjonalnie. Była przekonana, że to znak, i zabrała dzieci ze sobą na terytorium swojego klanu. Wychowała je, pomimo sprzeciwu rodziny, a kiedy wreszcie założyła własną, nie mogła opędzić się od jej przybranych pociech, więc pozwoliła im towarzyszyć. Chyba nie mogły same opuścić klanu, dorastają później, niż my. Jedno z nich, chłopiec, wciąż żyje. Jest na polowaniu.
– Poluje z wami grzebiący w niebie? – Koouáräúáú Röö była poważnie zdziwiona.
– Jest jak my, odpowiednio wychowany, chodzi jedynie w nieco pokraczny sposób. Zbiera dla nas jedzenie, wyręcza przy niektórych pracach. Nie rób mu krzywdy.

Na horyzoncie pojawiła się członkini klanu wraz z bratem.
– Nazywam się Júó – dodała jeszcze tylko opiekunka.
– To bez znaczenia – odparła chłodno Koouáräúáú Röö. – Powiadacie – odezwała się teraz do wszystkich – że te istoty, jeżeli są jeszcze dziećmi, wychować można na służące klanowi?
– Tak – odparli powoli wszyscy zgromadzeni członkowie szczepu.
– Mój Klan dobiegły informacje na temat tych istot. Grzebiących w niebie, wychowanych jak my. Teraz widzę, że to możliwe. Ale mój Klan nie zbudował swojej potęgi na opowieściach i nie uwierzy mi na słowo. Moja nadoficer musi sama zobaczyć te stworzenia.
– Błagam – odezwała się znowu opiekunka. – Nie zabieraj ich nam.
– Skąd pochodzą te młode?
– Kiedy nasza matka założyła już własną rodzinę – kontynuowała opowieść – pewnego razu, dwójka towarzyszących jej grzebiących w niebie zagubiła się, i napotkało ich ich własne stado. Spędzili w nim ponad rok. Byliśmy pewni, że zginęli albo zdziczeli, choć od czasu do czasu zdawało nam się, że widzieliśmy ich razem z innymi. Ale potem, chłopiec wrócił, niosąc dwójkę dzieci. Nie wiemy, co stało się z jego partnerką. To słabe stworzenia, być może zmarła przy porodzie.
– Więc... – Koouáräúáú Röö usiłowała zebrać wszystko do kupy. – Rozmnażają się jak my, są równie silne i mogą być wychowywane, żeby służyć klanowi. Ale wciąż kierują się swoimi dziwnymi potrzebami. Skąd wiecie, czy nie sprowadzą na was gniewu stada grzebiących w niebie?
– Są wiernymi towarzyszami klanu, do którego należą. – odparła opiekunka. – Są z nami od dziecka, matka ich ojca została przez ich stado odrzucona, stąd należą do naszego klanu. To nie niewolnicy, to nasze przybranie rodzeństwo i dzieci. Mój przybrany brat niegdyś obronił nas przed...

Koouáräúáú Röö wyczuła, że z prawej strony nadciągnęli wracający z polowania: ojciec i matka klanu, sześcioro dzieci i wspomniany, traktowany jak członek klanu, grzebiący w niebie.
– Ty cwana dziwko – krzyknęła przedstawicielka Zachodniego Klanu do usiłującej odwrócić jej uwagę opowieścią opiekunki. Miejscowy szczep przygotowywał się do obrony przed Koouáräúáú Röö, ale nikt z nich nie mógł wiedzieć, jak jest szybka i dobrze wyszkolona. W ciągu kilkunastu sekund, Koouáräúáú Röö porwała w pysk jedno z dzieci i odbiegła na drugą stronę polany, na której znajdowała się nora.

Klan usiłował ją otoczyć – jego ojciec stał blisko grzebiącego w niebie i starał się zaprowadzić dyscyplinę, powstrzymać go przed kierowaniem się instynktem własnego gatunku. Ufali mu jak członkowi stada, ale widać nie do końca. Koouáräúáú Röö wyczuła ich obawy o życie dziecka, rzuciła je na ziemię, i przystawiła mu kark do szyi, lekko warcząc.
– Zabieram je – odparła.
– Nie – sprzeciwił się ojciec klanu. – To nasze dziecko i będziemy go bronić.
– Zabieram dziecko – powtórzyła Koouáräúáú Röö. Odsunęła jednak od niego pysk. Ojciec dziecka wydawał się teraz spokojniejszy, ale nie dało się przewidzieć jego reakcji. Gdyby był w stanie myśleć (czego nie była pewna), podejrzewała, że mógł sądzić, że jego dziecko faktycznie czeka lepsza przyszłość pod opieką matki z takiego klanu, jak Zachodni. Ale były to czyste spekulacje.

– Dziecku nie stanie się krzywda – zapewniła głośno Koouáräúáú Röö.
– Kłamiesz – krzyknęła do niej opiekunka.
– Ręczę za to. Sama miałam dzieci, dawno temu.
– Wy, z Zachodniego Klanu...
– Dziecku nie stanie się krzywda. – powtórzyła. Lekko pogładziła je ręką, po czym delikatnie chwyciła w pysk i powoli, ale zdecydowanie, zaczęła się wycofywać.

Nikt jej nie gonił, przynajmniej na razie. Dopiero z daleka usłyszała skowyt (czy coś, co przypominało skowyt) grzebiącego w niebie ojca dziecka lub może jego pozostającego przy szczepie członka rodzeństwa (nie pamiętała jego płci, a zwierzęce okrzyki nie były w stanie zdradzić wieku wydającej je istoty) i parokrotny skowyt bodajże opiekunki: “obiecałaś”.

Był jeszcze ranek. Przyśpieszyła. Równie dobrze ktoś mógł zacząć ją ścigać, ale nie oglądała się za siebie. Była na tyle silna, żeby przegonić jakiegokolwiek członka dzikich plemion. Przy ogromnym wysiłku, w ciągu jednego dnia wróciła na terytorium Zachodniego Klanu. Zwiadowcy zauważyli ją z daleka, i niewiele ponad godzinę później stanęła przed nią Háä Jáüaü Hao.
– Oficer Koouáräúáú Röö – odezwała się do niej.
– Oficer...? – powtórzyła Koouáräúáú Röö, machając ogonem, bardziej zadowolona z faktu, że wreszcie wróciła na znajome terytorium, żywa, niż z promocji.

Ale to nie był koniec jej misji: nadoficer dokładnie wypytała ją o przebieg zadania i szczegółowe informacje na temat grzebiących z niebie żyjących razem z tajemniczym klanem, któremu udało się ich ucywilizować.
– Nie wychowasz grzebiącego w niebie. – powiedziała wreszcie.
– Nie wychowam...? – tym razem Koouáräúáú Röö była zszokowana. Od chwili, w której złapała dziecko za kark, była pewna, że jeżeli trafi ono pod czyjąś opiekę, będzie to właśnie ona. Myśl ta pojawiała się i znikała w jej głowie podczas jej ucieczki z terytorium obcego klanu. – Ale przecież to ja...
– Ufam ci, córko, ale nie jestem głupia. Nie zapomniałaś o tym, co stało się z twoimi własnymi dziećmi. Wciąż chowasz urazę. Nie powierzę ci wychowywania czegokolwiek.
– Przepraszam – mruknęła jedynie Koouáräúáú Röö. Była bardziej zawiedziona niż zła.
– Dziecko grzebiących w niebie trafi pod opiekę Jüöuúäo i Küüúá Káoräá. To dobrzy rodzice. Dostali ode mnie pozwolenie na czwórkę dzieci, ale jedno z nich zginęło. Już z nimi rozmawiałam.

Tym razem Koouáräúáú Röö poczuła się już osobiście dotknięta. Háä wiedziała, że wróci, i od razu podjęła decyzję o losie dziecka.
– Nic złego mu się nie stanie, jeśli, oczywiście, będzie na tyle silne, żeby przeżyć – dodała podoficer. – Będziesz mogła je obserwować. Może nawet będziesz miała okazję wybrać się z nim na polowanie, jeżeli faktycznie to wychowanie, nie gatunek, wpływa na cywilizowane zachowania.
– Wiemy, że można wychować grzebiących w niebie. – zmieniła temat Koouáräúáú Röö – Ale dlaczego? Do czego potrzebne jest nam wychowanie jednego osobnika?
– Jeden to dobry początek, nieprawdaż? Klan, w którym obok zwykłych żołnierzy i myśliwych idą ramię w ramię wychowane jak pełnoprawni członkowie klanu grzebiący w niebie, będzie budzić szacunek i przerażenie wśród innych klanów. Czeka nas świetlana przyszłość. Kto wie, może zmieni to nawet podejście do nas żyjących dziko grzebiących w niebie...
– Rozumiem. – wizja przyszłości snuta przez Háä wydawała się Koouáräúáú Röö groteskowa. Tak potężna zmiana mogłaby wpłynąć na całą przyszłość jej gatunku, ale z drugiej strony, w swoim czasie przeżyła już jedną rewolucję, kiedy pierwszy raz zetknęła się z... nie, wolała nie wracać znowu do przeszłości.
– Musisz odpocząć. Dlatego na jakiś czas mogę cię zwolnić z obowiązków i zająć się twoim oficerskim szkoleniem dopiero za kilka dni. Doskonale się spisałaś. Do widzenia, pani oficer.
– Do widzenia, matko.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kwadracik dnia Pon 0:54, 26 Lip 2010, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Hapana Mtu




Dołączył: 13 Lip 2007
Posty: 770
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warsina, Weneda

PostWysłany: Sob 0:31, 24 Lip 2010    Temat postu:

Superaste. Naprawdę musisz kiedyś wydać książkę.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Feles
Administrator
Administrator



Dołączył: 21 Wrz 2009
Posty: 3830
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 21 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 0:46, 24 Lip 2010    Temat postu:

Świetne. Tylko zamiast 'dziwko' mogłoby być 'suko'. Razz

I kilka pytań: Czy grzebiący w niebie rozwinęli kulturę i język bez wiedzy Klanu? Czy zdawali sobie sprawę z kultury i języka psów?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kwadracik
PaleoAdmin



Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3731
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 48 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Skierniewice

PostWysłany: Sob 2:22, 24 Lip 2010    Temat postu:

O, dzięki Razz

Spoilers ahead i w ogóle nie czytać mi tu nic z postów zanim nie skończycie opowiadania. Bla bla bla.

Cytat:
Tylko zamiast 'dziwko' mogłoby być 'suko'. Razz


Haha. To by akurat zepsuło efekt Razz

Cytat:
I kilka pytań: Czy grzebiący w niebie rozwinęli kulturę i język bez wiedzy Klanu? Czy zdawali sobie sprawę z kultury i języka psów?


Jeśli już, to wilków (lub ich mówiących krewnych), bo psy to z definicji gatunek udomowiony przez ludzi Razz

Grzebiący w niebie języka nigdy nie rozwinęli. Na tym polega przekręt - jeżeli, zdaniem czomskistów, język jest tworem mózgu niezależnym od czegokolwiek innego, równie dobrze mógł się rozwinąć u dowolnego gatunku.

Co do kultury, to istnieje na tyle, na ile może istnieć bez języka. Zdolności manualne i pewien poziom inteligencji pozostają, więc ludzie mają narzędzia, ogień, w niektórych szczepach pewnie proste budownictwo itp. Oczywiście istnieją problemy z rozwojem kulturowym w sensie tradycji, przekazywania wiedzy poza bezpośrednią rodziną itp. Więcej o grzebiących w niebie w dalszych częściach, jeżeli napiszę... Razz


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Feles
Administrator
Administrator



Dołączył: 21 Wrz 2009
Posty: 3830
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 21 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 13:58, 24 Lip 2010    Temat postu:

Kwadracik napisał:
Cytat:
I kilka pytań: Czy grzebiący w niebie rozwinęli kulturę i język bez wiedzy Klanu? Czy zdawali sobie sprawę z kultury i języka psów?


Jeśli już, to wilków (lub ich mówiących krewnych), bo psy to z definicji gatunek udomowiony przez ludzi Razz

A no tak. Zamiast ludzi są wilki i vice versa, a zamiast psów - udomowieni grzebiący w niebie.

Cytat:
Więcej o grzebiących w niebie w dalszych częściach, jeżeli napiszę... Razz

I'm still waiting...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
pittmirg




Dołączył: 27 Lut 2007
Posty: 2382
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 38 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z grodu nad Sołą

PostWysłany: Sob 17:45, 24 Lip 2010    Temat postu: Re: Diabły

Aż mi zaczął gdzieś majaczyć Bari, syn Szarej Wilczycy, o Mowglim nie wspominając, hm, czytałem to jakieś eony temu Shocked

Kwadracik napisał:

usiłowanie wyżywić większą ilość dzieci,


Hm, to gramatyczne IYD? usiłowanie wyżywienia dla mnie trochę lepsiejsze, ale i tak bym chyba napisał "to, że się usiłuje wyżywić".

Cytat:

przyzwyczaić się do obecności grzebiących w niebie zachowującej niemal tak, jak zachowywałyby się jej własne dzieci


Coś się gubię w tym zdaniu...

Cytat:
równie dobrze mógł się rozwinąć u dowolnego gatunku


Np. u stonogi Wink


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kwadracik
PaleoAdmin



Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3731
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 48 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Skierniewice

PostWysłany: Sob 17:55, 24 Lip 2010    Temat postu:

Bah, ostrzegałem Razz

Cytat:
usiłowanie wyżywienia dla mnie trochę lepsiejsze


Dla mnie chyba nawet mniej akceptowalniejsze Razz "Próba wyżywienia", albo to, co sugerowałeś.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kwadracik dnia Sob 18:18, 24 Lip 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Leto Atryda




Dołączył: 28 Sie 2007
Posty: 1597
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Arrakis

PostWysłany: Sob 18:05, 24 Lip 2010    Temat postu: Re: Diabły

Kwadracik napisał:

Jeżeli się spodoba: Myślałem nad napisaniem jeszcze ze dwóch-czterech opowiadań w tym samym świecie (w każdym inna fabuła i "wynalazek", a'la 'Basil Argyros' Harrego Turtledove'a).


Chętnie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
varpho




Dołączył: 02 Paź 2007
Posty: 1321
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 5 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Tomaszów / Wawa

PostWysłany: Nie 23:03, 25 Lip 2010    Temat postu: Re: Diabły

bardzo mi się podoba.
zwłaszcza egzonim dla ludzi i mocno samogłoskowy język [wyk?]. Smile

a jeśli miałbym się czepiać, to:

Kwadracik napisał:
Została rozdzielona od męża,


wg mojego odczucia, dopełnieniem "rozdzielić" może być tylko grupa [chociażby para]. tu chyba bardziej by pasowało "oddzielona"...

Kwadracik napisał:
Tak, panowały trudne czasy, i tak, część dzieci i tak nie byłaby w stanie przeżyć zimy – więc tak, [...]


tak?
Smile


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kwadracik
PaleoAdmin



Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3731
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 48 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Skierniewice

PostWysłany: Pon 0:48, 26 Lip 2010    Temat postu:

Cytat:
wg mojego odczucia, dopełnieniem "rozdzielić" może być tylko grupa [chociażby para]. tu chyba bardziej by pasowało "oddzielona"...


Fakt. Myślałem nad "zostali z mężem rozdzieleni", ale Twoja sugestia chyba lepiej pasuje.

Cytat:
tak?


Ej no, muszę trochę własnego stylu wrzucić :P (i tak piszę to dość nudnym językiem)

A teraz - without further ado - część druga. W planach jeszcze dwie (ale chyba będą musiały trochę poczekać). I jak ktoś się przyczepi do mojego "tą" zamiast "tę", to tętnice poprzegryzam :P


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kwadracik
PaleoAdmin



Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3731
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 48 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Skierniewice

PostWysłany: Pon 0:48, 26 Lip 2010    Temat postu:

Opowieści

– Ojcze, musimy ruszać – odezwał się do Káöröú, najstarszy syn żyjący obecnie w klanie Júaaúáö i jego żony, Joüröú.
– Nie – odparł Júaaúáö. – Zostajemy.
– Ojcze, nie pierdol. Musimy ruszać. Nie zostawimy cię.
– Nie mamy dokąd uciekać. Jesteśmy zagrożeni ze wszystkich stron. Nasza rodzina się nie ukryje. Nikt nas nie przyjmie. Zostajemy.

Czasy zmieniały się szybko, za szybko dla Júaaúáö. Był stary. Był wierny tradycji. Nie do końca rozumiał, co się wokół niego działo.

Klan Braci – Kuá Jóä i Kuá Hááou – był pierwszym, który się rozpadł. Bracia zamordowali własnego ojca i objęli władzę nad południowym terytorium. Ale wraz z ekspansją grzebiących w niebie na południu – gatunku pokracznych, dwunożnych drapieżników – powoli tracili kontrolę nad własnym terytorium. Stracili rozum i ich samych ogarnął ich paniczny strach, że zabiją ich ich własne dzieci, więc w desperacji – usiłując udowodnić przed nimi swoją siłę – doprowadzili do kilku zatargów z klanem Júaaúáö. Wreszcie, jak na ironię, ich rodzinę dopadła zaraza – najprawdopodobnie złapana od członka któregoś z chorych i wygłodniałych klanów z południa – i cały klan zginął zanim ich synowie i córki zdołali opuścić rodzinne terytorium.

Drugim z klanów była rodzina jego własnej córki, Röäköa, i jednego z synów Braci (trudno było powiedzieć, który z nich był ojcem) imieniem Jaó. Nigdy nie byli zbyt szczęśliwą rodziną – aż wreszcie po jednym z ostrych konfliktów między małżonkami, szukający chwili samotności Jaó ruszył na wschód i trafił na stado szakali. Najprawdopodobniej był tak przybity, że nawet nie miał siły się bronić, a ostatnie wywyte przez niego słowa, zasłyszane przez jedno z jego dzieci, nie miały nawet sensu.

Júaaúáö widział się z córką jeden ostatni raz zanim wyruszyła z dziećmi na zachód. Ostrzegał ją, żeby tego nie robiła – nie mógł przyjąć do siebie z powrotem jej rodziny, ale nie życzył jej i jej dzieciom śmierci – a tylko to mogło ich spotkać, gdyby natrafili na Zachodni Klan. I zapewne to właśnie ich spotkało.

Opowieści o Zachodnim Klanie przerażały nie tylko Júaaúáö i Joüröú. Wszystkie miejscowe klany drżały, słuchając relacji uchodźców z zachodu, coraz częściej pojawiających się w okolicy, zwykle nie na długo.

Zachodni Klan stanowił zagrożenie od zawsze, ale dopiero od paru lat, wraz z objęciem władzy przez mężczyznę, który na wschodnie znany był jedynie jako Koüjaó Höóuú – “Zapach Śmierci” – miejscowe terytoria zostały doprowadzone na skraj ruiny. Narastały konflikty między rodzinami uciekającymi z zachodu a miejscową populacją, usiłującą pozostać na własnej ziemi, ale to sam Zachodni Klan, krok po kroku zajmujący terytoria rodzin po ich uprzednim wymordowaniu, i wypuszczający się dalej, niż ktokolwiek był w stanie przewidzieć, stał się największym złem, które nawiedzało wschód. Wielu uważało członków Klanu za zupełnie odrębny gatunek, pozbawiony honoru i duszy.

Koüjaó Höóuú, ojciec Klanu Zachodniego, był jednocześnie ojcem jego nowej, brutalnej filozofii. W kontaktach z innymi klanami, nie traktował ich jak równych sobie. W odróżnieniu od swoich poprzedników, nie oznajmiał przeciwnikom swoich zamiarów, nie demonstrował agresji, nie walczył, nie wyganiał, nie poniżał i nie zmuszał do posłuszeństwa pokonanych. Nie czerpał satysfakcji ze zwycięstwa i nie demonstrował swojej siły i władzy. Jego filozofia zastąpiła ten stosowany od lat, w miarę naturalny schemat, innym: schematem polowania.

Żołnierze Zachodniego Klanu przychodzili niespodziewanie, w większej liczbie, otaczali klan, którego terytorium planowali zająć, po czym rozdzielali stado i, jednostkę po jednostce, wymordowywali rodziny. Nie prowokowali do walki, nie rozmawiali i nie dało się z nimi pertraktować. Nie okazywali litości nikomu – osobom przeciwnej płci, dzieciom, uciekającym, poddającym się czy błagającym o litość. Nie zachowywali się agresywnie, nie znęcali nad innymi i nie okazywali swojej dominacji (a przynajmniej nie do czasu, kiedy mieli sytuację pod całkowitą kontrolą). Po prostu robili to, co do nich należało. Polowali na innych członków własnej rasy.

Sama idea rozstrzygania konfliktów w taki sposób wystarczała, żeby część rodzin starała się zawsze trzymać na odległość przynajmniej stu mil od terenów Zachodniego Klanu. Nie Júaaúáö. Był stary i nie miał sił uciekać. Mimo to, wciąż czuł, że ma pełną władzę nad resztą rodziny.

– Rozmawiałem z matką – powiedział, spokojniejszym już głosem, Káöröú. – Też chce tu zostać.
– Wiem – odparł jego ojciec.
– Cholera jasna, wszyscy zginiemy. Wiesz, że zginiemy.
– Możliwe.
– Proszę cię. Zabiorę resztę rodzeństwa i uciekniemy na zachód.
– Nie powstrzymam cię – odparł Júaaúáö – ale ja też cię proszę. Zostań ze mną, synu.

Káöröú rozumiał wagę tej prośby. Nie był synem Júaaúáö i Joüröú. Był adoptowanym przybłędą, który przyplątał się w ciężkich czasach, po nagłej śmierci swoich rodziców, i, czując się zobowiązany, od tamtej chwili towarzyszył przybranym rodzicom, nawet teraz – na starość. Jego rówieśnicy odeszli i rozpoczęli niezależne życie, on został. Miał z parą sporo zatargów, ale czuł, że musiał być im wierny do końca. Ale wierność im oznaczała też opiekę nad młodszym rodzeństwem, ostatnim pokoleniem urodzonym przez Joüröú. Dzieci były już wprawdzie dorosłe – miały niemal rok – ale w obecnych czasach nie byłyby w stanie same sobie poradzić. Nie byłyby też w stanie przeciwstawić się Zachodniemu Klanowi.

– Zostanę – odparł w końcu Káöröú.
– Dziękuję ci, synu. Zostaniemy tu do końca, razem, jak jedna rodzina. Jeżeli umrzemy, to z honorem.
– Dobrze, ojcze.

Ale Káöröú nie został. Podczas nieobecności rodziców przekonał sześcioro rodzeństwa do ucieczki. Zdrowy rozsądek zwyciężył nad obietnicą spełnienia prośby starego i szalonego ojca. Jego rodzice czuli nadchodzącą śmierć – jego matka powoli traciła wzrok i coraz rzadziej rozmawiała z innymi, jego ojciec wydawał się oszołomiony wszystkim, co się dookoła działo. Swoim dzieciom nie poświęcali zbyt wiele czasu, więc robiły, co chciały – pilnował ich Káöröú i teraz to on postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Nie żegnał się z rodzicami i wkrótce cała siódemka uciekła na wschód. Jedyną pozostałą była jego siostra, Röo. To ona zawiadomiła rodziców, ale zrobiła to, za prośbą brata, dopiero po jego secesji.

Káöröú wiedział o czymś, o czym nie wiedział jego ojciec – że najazd Zachodniego Klanu to nie odległa perspektywa, ale wydarzenie nieuchronne i niedalekie. Na obcych terenach członkowie Zachodniego Klanu zacierali własne ślady, ale dni wcześniej Káöröú widział jego zwiadowców i natknął się na masowy grób rodziny zachodnich sąsiadów. Miał szczęście – jego ostateczne odłączenie się od klanu miało miejsce równo dzień przed nieuniknionym.

Była głęboka noc, kiedy Júaaúáö i Joüröú wreszcie przysiedli razem z córką i postanowili z nią porozmawiać. Oni sami spędzili dzieciństwo w innych czasach – rzekliby, lepszych czasach – czasach, w których mieli szansę poznać od swoich rodziców wiele historii. Historie te w pewnym sensie łączyły nawet odległe klany – miały wspólne źródło, więc każdy w okolicy je znał, nawet zwaśnieni sąsiedzi, i wielokrotnie to właśnie na ich autorytet powoływano się w trudnych czasach.

Część z nich, oczywiście, opisywała przygody przodków – wielokrotnie do ich powtarzalnych schematów wtrącano własną babkę lub dziadka czy nawet brata albo siostrę, po czym przy spotkaniach z członkami innych klanów czy nawet podczas schadzek zakochanych dochodziło do kłótni, kto tak naprawdę był bohaterem tej czy innej opowieści. Inne były opowiadane ku przestrodze – jak opowieść o upartym chłopcu, który nie bał się nachodzącej burzy i zginął zabity przez piorun z nieba. Ale część z nich opisywała wydarzenia znacznie odleglejsze, dotyczące czasów, których nikt nie mógł pamiętać, i które zdawały się o wiele piękniejsze lub znacznie bardziej przerażające od czasów obecnych.

Starsza para miała właśnie opowiedzieć jedną z takich historii, kiedy Júaaúá przerwał żonie, zauważając w oddali ślepia. Nie wiedział, jak mógł dać się tak zaskoczyć. Ich córka, nieprzywykła do konfliktów (choć z drugiej strony, w zasadzie nikt w panujących obecnie czasach nie był przywykły do idei stanowienia dla kogoś innego zwierzyny łownej), nic nie wyczuła. Dopiero teraz, orientując się, co się dzieje, zakwestionowała sens pozostania z rodzicami. Perspektywa śmierci wraz z resztą rodziny nagle wydała jej się znacznie mniej romantyczna.

Rzuciła się do ucieczki – właśnie na to czekał Zachodni Klan. Jego członkowie rzucili się w pogoń, ich migające sylwetki wyglądały w nocy jak białe cienie. Zignorowali całkowicie starszą parę i nie spoczęli, dopóki nie dogonili ich córki. Za nimi rzuciła się, niemal na oślep, jej matka. Röo nie zdążyłą nawet krzyknąć. Została momentalnie powalona na ziemię i jeden z żołnierzy miał właśnie ją udusić, kiedy rozległ się krzyk nadoficer przewodzącej atakiem i pozostali odsunęli się od dziewczyny.

– Uciekaj – wykrzyknęła do niej oficer.
– Ale... – zaprotestował jeden z żołnierzy.
– Przeczesaliście teren, wiecie, że to tylko dwójka starych szajbusów i ich córka. Głupio zrobiła, że została przy rodzicach. Niech ucieka, jeśli chce. I tak zginie z głodu i wyczerpania.
Röo wstała znowu na nogi. Nie do końca wiedziała, co właśnie się stało. Spojrzała na rodziców.
– Uciekaj – powtórczyła oficer groźniejszym głosem. – Jeżeli nie zrobisz tego w ciągu moich następnych dziesięciu sapnięć, osobiście skręcę ci kark.
Córka odwróciła głowę i zaczęła biec przed siebie.
– Gonić ją? – spytał jeden z żołnierzy, kiedy ta zniknęła z horyzontu.
– Nie – odparła oficer. – Ale śledź ją i upewnij się, że opuści terytorium. Reszta, zatrzyjcie ślady istnienia tego klanu. Porozmawiam tylko z naszą starszą parą... i pozbędę się ich.
Żołnierze zamachali ogonami, jakby oficer opowiedziała jakiś żart. Cieszyli się, że przynajmniej dwie osoby zginą. Wojna nie przynosiłaby satysfakcji, gdyby nikt w niej nie ginął. Byłoby to jak nieudane polowanie.
– Chodźcie za mną – powiedziała oficer pozostałym na miejscu, oszołomionym rodzicom Röo, prowadząc ich wgłąb lasu.

– Dlaczego jej nie zabiłaś? – spytała Joüröú.
– Bo zrobiła głupio, że z wami została, i nie musi przez to ginąć. Zresztą, to bez znaczenia. Powinnaś się cieszyć, że twoja córka jeszcze trochę pożyje.
– A my...
– A wy niestety nie.
– Jesteśmy starzy – odparła Joüröú – I tak wkrótce umrzemy.
– Powinnaś się w takim razie cieszyć również z tego, że ocalę was przed śmiercią z głodu, zimna i chorób. Zginiecie tu i teraz, na swojej ziemi.
– Więc dlaczego nie zabiłaś nas do tej pory?

Oficer zatrzymała się na chwilę.
– Nazywam się Koouáräúáú Röö. Jestem nadoficerem w Zachodnim Klanie. Mam trzynaście lat i czwórkę dzieci. Ale wierz mi lub nie, zanim dołączyłam do swojego Klanu, pierwsze trzy lata życia spędziłam na tym terenie. Moje dzieci zginęły. Chciałam tylko powiedzieć, że byłam kiedyś w podobnej sytuacji i nie udało mi się uratować własnych dzieci.
Koouáräúáú Röö mówiła to spokojnie i chłodno, wciąż zachowując dumę i wyższość członka Zachodniego Klanu. Jej słowa nie uspokoiły Joüröú, brzmiały raczej jak wyrok odczytywany przed egzekucją. Dopiero teraz zauważyła, że nadoficer faktycznie była od niej starsza.

– To nie zwróci ci honoru – odpowiedziała. Wiedziała, że zginie, więc niespecjalnie przejmowała się swoimi słowami. – Cały twój Zachodni Klan nie ma honoru. Najeżdżacie i zabijacie, mordujecie własne dzieci, sprzedajecie duszę i tradycję za przerażenie i śmierć, którą wywołujecie, gdziekolwiek się nie pojawicie.
– Wasz styl życia to przykra historia – powiedziała Koouáräúáú Röö. – Wasze obyczaje, wasza nieumiejętność trzymania w ryzach własnej populacji, wasze wzajemne konflikty i niezdolność do współpracy, wasze głupie wierzenia... sami skazujecie się na taki los. Nie potraficie żyć w cywilizowany sposób. Pierdolenie o honorze tego nie zmieni.
– Gdyby duchy, którym sprzedaliście dusze i własne dzieci, były dla was tak dobre, jak byście tego chcieli, nie musielibyście polować na nas jak na zwierzynę.
– To, że radzimy sobie lepiej, nie znaczy, że nie spotykają nas wypadki. Czasami taka jest po prostu kolej rzeczy. Ale kiedy pojawiają się problemy, my je rozwiązujemy. Jeżeli powstaje jakaś pustka, staramy się ją wypełnić.
– To przez swój brak honoru odczuwacie taką pustkę.

Júaaúáö milczał. Był dumny ze swojej żony, słysząc jej słowa. Koouáräúáú Röö już szykowała się do ich zabicia, kiedy Joüröú znów się odezwała.
– Nie zrozumiesz – zrobiła krótką pauzę. – Ale zanim nas napadliście, miałam zamiar opowiedzieć córce pewną historię. Już nigdy jej nie usłyszy, wkrótce już nikt nigdy jej nie usłyszy, więc równie dobrze mogę opowiedzieć ją teraz.
– Słucham – powiedziała ironicznie nadoficer. – Nie pamiętam już, jakie bajki opowiadało się na wschodzie...

– Na początku Matka Światów urodziła nas, żywe stworzenia – zaczęła Joüröú. – Każdemu z nas nadała osobne imię, kształt i zachowanie, lecz to my stanowiliśmy najdzielniejsze z jej dzieci, i aby odróżnić nas od reszty, to nam właśnie zdradziła, jakie są imiona, kształty i zachowania pozostałych stworzeń. Stąd poznaliśmy, które z nich są dla nas pokarmem, a które zagrożeniem, a otrzymując dar mowy, przekazywaliśmy tą wiedzę dalszym pokoleniom, po śmierci Matki Światów. I choć rozdzieliliśmy się i, jak dzieci, zaczęliśmy walczyć przeciwko sobie, łączy nas ta właśnie wspólna wiedza, i stawia nas ponad niższymi istotami, nawet szakalami, które są do nas podobne. Jedynie dzięki niej możemy panować nad siłami natury.

Koouáräúáú Röö wydawała się zaciekawiona. Zawsze zastanawiało ją, dlaczego nazwy stworzeń brzmią właśnie tak, jak brzmią, i skąd pierwotnie wzięły się pewne obyczaje, jak język. Ktoś musiał je wymyślić.

– Ale w darze Matki Światów kryła się głęboka ironia – kontynuowała Joüröú. – Bo kiedy poznaliśmy, jak wyglądają i nazywają się inne stworzenia, jednocześnie poznaliśmy też samych siebie, i narzucone nam zostało prawo i honor. Bo tak, jak każda z rzeczy ma swoje przeznaczenie a każda z istot swoje miejsce, tak my mamy obowiązek kierować się wiedzą na temat tego, co jest honorowe, a co nie.

– I jaki morał wynika z tej historii?
– Taki, że wypieracie się własnego sumienia. – Joüröú przeszła od narracji do osądu. – Ignorujecie to, co należy robić zgodnie z wiedzą uzyskaną od Matki Światów, kierujecie się tym, co przynosi wam bezpośrednie korzyści. Myśleliście, że zbudowaliście potężne terytorium, ale wasze terytorium upadło, i teraz odbieracie nam nasze. Te również upadną.
– Jeżeli twoje dziecko choruje lub jest opętane, albo nie potrafi się wyżywić – nadoficer wykorzystała swój ulubiony argument – godzisz się z losem i pozwalasz mu umrzeć, bo wiesz, że inaczej nie mogłabyś wypełnić swoich obowiązków wobec reszty rodziny, więc cierpieć i umrzeć musiałyby inne dzieci. Jeżeli twój sąsiad chce odebrać ci terytorium, i wiesz, że nie ustąpi, zabijasz go, bo wiesz, że inaczej on zabije ciebie.
– Tak nakazuje nam honor.
– Dokładnie. Posiadamy tą samą wiedzę, tą, którą ty przypisujesz Matce Światów... tyle, że my widzimy sprawy z szerszej perspektywy. Przewidujemy. Wiemy, co wyniknie z takiej, a nie innej sytuacji, i zapobiegamy jej.
– Ale my – odrzekła nieugięta Joüröú – nie polujemy na dzieci naszych sąsiadów jak na sarny.
– Ja też nie, sama widziałaś – roześmiała się Koouáräúáú Röö. Była hipokrytką. Owszem, na starość, kiedy nie musiała się już przejmować swoją pozycją w klanie, stała się łagodniejsza, nawet dla swoich przeciwników. Ale gdyby zetknęła się z większym klanem, i gdyby nie fakt, że Júaaúáö przypomniała jej o samej sobie (zanim stała się członkiem Klanu), prawdopodobnie postąpiłaby równie brutalnie, co jej bracia i siostry. Nawet teraz czuła, że bezczelność Joüröú działała jej na nerwy.
– To właśnie jest honor. – kończyła swój wywód matka Röo. – Oboje posiadamy wiedzę na jego temat, i to stawia nas ponad szakalami i grzebiącymi w niebie i zwierzyną łowną. To, jak się zachowałaś, pokazuje, że honoru nie da się uciszyć, że jego istnienie, że istnienie prawa, jest czymś, co pochodzi od samej Matki Światów i jednocześnie dowodzi jej istnienia i władzy.

– Odchylcie karki – powiedziała po chwili Koouáräúáú Röö.
– Zabijesz mężczyznę? – wtrącił spokojnie Júaaúáö.
– Błagam, nasłuchałam się już dzisiaj dość o honorze.
Ale mimo swojego spokojnego tonu, Koouáráúáú Röö przez chwilę się zawahała.

– Podziwiam was – dodała nadoficer. – Nie rozumiem, ale podziwiam. Chciałam wam jeszcze tylko przekazać, że nie dam zginąć waszej opowieści o Matce Światów i jej dzieciach. Może tego nam potrzeba do wypełnienia pustki, którą przynosi ze sobą zmiana trybu życia. Takiej opowieści.

Júaaúáö i Joüröú chcieli, jednocześnie, podnieść głos i wytknąć jawną, barbarzyńską obłudę dowódczyni, ale jednocześnie też zrezygnowali. Zamiast tego, przysunęli się do siebie zanim dwoma susami Koouáráúáú Röö przegryzła im tętnice.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kwadracik dnia Pon 0:51, 26 Lip 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Henryk Pruthenia




Dołączył: 15 Wrz 2009
Posty: 1078
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: Danzig, Silesia

PostWysłany: Czw 17:42, 29 Lip 2010    Temat postu:

Cytat:
Klan Braci – Kuá Jóä i Kuá Hááou – był pierwszym, który się rozpadł. Bracia zamordowali własnego ojca i objęli władzę nad południowym terytorium. Ale wraz z ekspansją grzebiących w niebie na południu – gatunku pokracznych, dwunożnych drapieżników – powoli tracili kontrolę nad własnym terytorium. Stracili rozum i ich samych ogarnął ich paniczny strach, że zabiją ich ich własne dzieci, więc w desperacji – usiłując udowodnić przed nimi swoją siłę – doprowadzili do kilku zatargów z klanem Júaaúáö. Wreszcie, jak na ironię, ich rodzinę dopadła zaraza – najprawdopodobnie złapana od członka któregoś z chorych i wygłodniałych klanów z południa – i cały klan zginął zanim ich synowie i córki zdołali opuścić rodzinne terytorium.

Ach, jak ja nie lubię powtórzeń. Nawet jeśli mają różne znaczenia,


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kwadracik
PaleoAdmin



Dołączył: 22 Kwi 2006
Posty: 3731
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 48 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Skierniewice

PostWysłany: Czw 17:58, 29 Lip 2010    Temat postu:

Okej, to drugie "ich" jest tu zupełnie bez sensu.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Henryk Pruthenia




Dołączył: 15 Wrz 2009
Posty: 1078
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: Danzig, Silesia

PostWysłany: Czw 18:08, 29 Lip 2010    Temat postu:

Czepiam się tego głównie dlatego, że poprawiam buszkę koledze i nie zdzierżę powtórzeń. Ale muszę przyznać, że i on robił je rzadziej... Choć czyta się super.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kmitko




Dołączył: 16 Kwi 2008
Posty: 628
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 20:04, 31 Lip 2010    Temat postu:

Te opowiadanie - a przynajmniej pierwsza część, drugiej jeszcze nie przejrzałem - zbyt dobrze się czyta, żeby je wrzucać na forum - ślij do Nowej Fantastyki albo czymś w tym stylu Smile.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Conlanger Strona Główna -> Opowiadania Wszystkie czasy w strefie GMT
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin